2010-02-04 09:37 Andrzej Żytnicki, Nowoczesność w skansenie. Szansa czy zagrożenie?
Skansen to chyba najbardziej niezwykła ekspozycja muzealna na świecie. Nigdy nie jest taka sama. Dzięki integralnemu powiązaniu z przyrodą, a więc ze światłem, porami roku, a przede wszystkim z mijającym czasem, za każdym razem potrafi odkryć nowe oblicze, zaskoczyć, wzbudzić zadumę. Trudno ją do końca kontrolować, trudno przewidzieć co się wydarzy. Jest to bowiem wielowymiarowa kompozycja, która tym różni się od innych zwykłych wystaw, że zmienia się bezustannie, że żyje swoim życiem. Nie wystarczy dokonać uroczystego otwarcia, odebrać gratulacje, a następnie przejść do innych tematów. Ona od swoich twórców wymaga bezustannej uwagi, ciągłej pielęgnacji i nie chodzi tutaj o przysłowiowe wycieranie kurzu z gabloty. Pozostawiona sama sobie, otoczona żywym światem, w krótkim czasie zdziczeje i będzie przypominać jakąś samotną chatę zapomnianą przez świat i ludzi.
Pomysłodawcy, założyciele skansenów, traktują je jak swoje dzieci. Robią wszystko, aby stworzyć im na początku istnienia dogodne warunki. Awanturują się i stawiają wszystko na jedną szalę. Potem czuwają, troszczą się i nie śpią po nocach. Wtedy myślami wybiegają w przyszłość i zastanawiają się, czy nie popełnili jakiegoś błędu, który będzie brzemienny w skutkach za dwadzieścia lat. Ekspozycje skansenowskie to najbardziej dynamiczne i ekspresyjne wystawy jakie można sobie wyobrazić, ale z drugiej strony takie, które rozwijają się przez długi czas i pozostają na lata, właściwie na zawsze. Są pełne kształtów, kolorów, zapachów i odgłosów, a jednocześnie wymagają od swoich twórców dźwigania brzemienia odpowiedzialności przez całe życie, to jest właśnie specyfika muzeów skansenowskich.
Stare budynki przywiezione z różnych osad, zestawione ponowne w jednym miejscu wytwarzają specyficzną atmosferę, która działa na widzów w rozmaity sposób. W powiązaniu z otaczającą je przyrodą budują niezwykły klimat. Nie jest to jednak atmosfera świątyni sztuki, jaką zwykle tworzą klasyczne muzea, które już poprzez gmach muzealny, wzorowany nierzadko na antycznych świątyniach, kreują niezwykle podniosły nastrój.
Historyzujące i pompatyczne bryły i fasady wiedeńskiego Kunsthistorisches Muzeum, amsterdamskiego Rijksmuseum, londyńskich British Museum Victoria & Albert Museum, berlińskich: Pergamon Museum, Bode Museum - są przykładami kreowania świątyni sztuki czy też świątyni wiedzy
i piękna. [1]
W skansenach jest zupełnie inaczej. Ludzie tam czuja się zupełnie swobodnie, nie poddawani są krępującej presji wywołanej przez nobilitujący gmach czy ścisłe reguły zachowania. Czują się swobodnie, ponieważ znajdują się w otoczeniu zjawisk pojmowanych przez nich jako przyjazne, a nawet „swojskie”. Są zaskoczeni swobodą czasu i wyboru kierunku zwiedzania, do ich decyzji należy wybór - czy tu zajrzeć, czy też nie. Chętnie rozpoczynają rozmowy z przewodnikami, gdyż czują się partnerami do takich dyskusji. Częsty obrazek w muzeach na wolnym powietrzu to starszy pan z dziećmi, zapewne ich dziadek, który przybiera rolę przewodnika dla wnuków i niczym „guru” wyjaśnia swoim pociechom różne tajemnice. Tak naprawdę przekazuje im prawdę o swoim dzieciństwie, przeszłości i pochodzeniu, słowem opowiada „kim jestem”. Nie kryje zaskoczenia, gdy widzi, że rzeczy lub też umiejętności dobrze mu znane są przedmiotem muzealnej ekspozycji. Dlatego skanseny to bardzo magiczne muzea, do których nawet zwiedzający nie są jeszcze do końca przyzwyczajeni. Chyba każdy kto pracował w muzeum wsi spotykał ludzi, którzy wędrując po zagrodach pytali „Gdzie jest to muzeum?” Trudno jest zmienić przyzwyczajenia ludzkie. Jesteśmy tak ukształtowani poprzez cały system edukacyjny i przyzwyczajeni do klasycznego obrazu muzeum, że osobom „niewtajemniczonym” trudno jest uwierzyć, że skanseny są równie poważnymi placówkami muzealnymi, choć co warto podkreślać bardzo specyficznymi, które w swoich założeniach miały diametralnie odróżniać się od zwykłych muzeów.
Ogólnie należy stwierdzić, że chodzi tu o muzeum przeciwstawiające się muzeum analitycznym, gromadzące indywidualne fakty kulturowe w oderwaniu od funkcji gospodarczej i społecznej, a więc przeciwstawiające kulturę w anatomicznym, statystycznym układzie. Muzeum skansenowskie jest zawsze zbliżeniem, powiedziałbym modelem rzeczywistego obrazu życia, a więc modelem kompleksowym i dynamicznym, którego eksponaty osadzone są w środku podobnym do tego w którym powstawały i żyły.
Twórcom różnych typów i odmian muzeów skansenowskich przyświecały dwie idee przewodnie: zerwanie z muzeum „gablotowym”, prezentacją wyrwanych z całości kulturowej faktów oderwanych od środowiska naturalnego. Zadaniem ich naczelnym jest więc ukazanie kultury we wzajemnym powiązaniu i uwarunkowaniu, osadzeniu w środowisku naturalnym, przynajmniej podobnym do dawnego – w jakim kultura ta powstawała i funkcjonowała.[2]
Magiczną siłą skansenów jest to, że stwarzają one warunki to pokazania obiektów zabytkowych w całym rozległym kontekście kulturowym, a także przyrodniczym. Warto odnotować, że fakt, iż w skansenach zwiedzający mogą poczuć krajobraz „minionej epoki”, bynajmniej nie jest zasługą architektów lub urbanistów. Jest to po prostu wynik rzetelnego odtwarzania przez etnografów typowych układów zaczerpniętych z pierwotnego źródła. Jednak przeniesienie tego autentyzmu na teren skansenu jest niezmiernie trudne, czasami zupełnie niemożliwe. Trudno przecież przy translokacji zabytku uwzględnić wszystkie okoliczności przyrodnicze, orientacje względem stron świata, dróg itp. Stąd wielka troska przy dobieraniu terenów pod przyszłe skanseny. Ich twórcy zdawali sobie zapewne sprawę z wagi swoich decyzji. Od tego mogło przecież zależeć powodzenie „rekonstrukcji nastroju” przyszłego muzeum.
Z kolei należy omówić bardziej szczegółowo poszczególne zespoły i obiekty oraz określić ich lokalizację na terenie Parku. Ponieważ przy ich lokalizacji decydującą rolę odgrywa środowisko naturalne, gdyż chodzi tu o osadzenie obiektów w krajobrazie podobnym do tego w jakim znajdowało się „in situ”- każdy więc większy obiekt nabywany lub przejmowany do Parku musi być dostatecznie przefotografowany w krajobrazie, aby można było trafnie dobrać odpowiedni teren w Parku, względnie adaptować teren do obiektu np. przez odpowiednie zadrzewienie.[3]
Ważnym czynnikiem obrazu ekspozycji skansenowskiej, jej powodzenia wśród odwiedzających, jest środowisko naturalne. Nie występuje tutaj jako dodatek, ale jest integralną częścią ekspozycji. Wiąże się to z faktem, że cechą budownictwa ludowego była jego interakcja z otaczającym go światem przyrody i przystosowanie do regionalnych warunków klimatycznych. Ten szczególny związek, poza zabytkami chronionymi in situ, można pokazać tylko w muzeach skansenowskich. Powstaje w ten sposób ciekawy układ, w którym przyroda nie przeszkadza w odbiorze muzealnych treści, a obiekty muzealne nie zakłócają w żaden sposób obrazu naturalnego środowiska. Czy jest jakaś dziedzina działalności człowieka, która w tak harmonijny sposób współgra ze światem przyrody? Ta sytuacja powoduje poczucie „swojskości” i nostalgii wśród osób zwiedzających skanseny. Nie jest też tajemnicą, że wiele osób przychodzi do tego typu muzeów, ponieważ traktuje to jako swoistą „terapię”, która pozwala odreagować pośpieszny i stresujący sposób życia. Fantastyczną siłą muzeów wsi jest to, że zwiedzający sami decydują, czy ich pobyt ma charakter rodzinnego pikniku na łonie przyrody, spaceru lub też zwiedzania prezentowanych tam zabytków. Wszystkie te możliwości można ze sobą mieszać i dowolnie komponować.
Jestem przekonany, że każdy człowiek dlatego dobrze czuje się w polu i lesie, i dlatego doznaje owej niezrozumiałej z pozoru nostalgii, gdy widzi kryte słomą chałupy, słyszy skrzypienie wrót, czy czuje pod palcami fakturę starej, nagrzanej słońcem ławki, że przebywanie w takim właśnie środowisku i odbieranie takich wrażeń ma zakodowane jako potrzebę równie głęboką , jak wspomniane już wymagania fizjologiczne i jest mu to równie potrzebne do psychicznego komfortu, gwarantującego zdrową egzystencję i sprawne działanie.[4]
Mimo to, że idea muzeów na wolnym powietrzu przyjęła się w Polsce i na całym świecie, o czym świadczy liczba takich placówek liczona już w setkach, to warto dla uczciwości naszych rozważań powiedzieć, że obraz ekspozycji skansenowskiej jest daleki od ideału, jakim był autentyzm prawdziwej tradycyjnej wsi. Wiemy, że skansen nie ma być idealną kopią dawnej osady, ale m.in. pewnym odzwierciedleniem typowych lub charakterystycznych zespołów, układów przestrzennych itp. To jednak w duszy każdego pracownika muzeów na wolnym powietrzu jest jednak jakaś nostalgia za ideałem. Zabytki w ekspozycjach skansenowskich, mimo sumiennego odtwarzania przez muzealników ich wyglądu pierwotnego, są tworem „sztucznym”, wyrwanym z oryginalnego kontekstu, a tym samym pozbawione są pewnej nieuchwytnej magicznej autentyczności, którą posiadają zabytki chronione in situ. Niestety na to się nic nie poradzi.Zacząłem sobie z tego zdawać sprawę tak naprawdę dopiero wtedy, gdy z grupą zaprzyjaźnionych plastyków postanowiliśmy zorganizować plener plastyczny w różnych skansenach. Obrazy powstawały, lecz ich autorzy nie byli z nich zadowoleni. Coś było nie tak… Trudno powiedzieć, czy przeszkodą była tylko świadomość, że są to miejsca stworzone w sposób nienaturalny, ale jest faktem, iż prawdziwy plener rozwinął się dopiero w zwykłych wsiach. Jako pracownik skansenu byłem dotknięty tą sytuacją, ale na nic się zdały moje tłumaczenia, że muzea na wolnym powietrzu to praktycznie jedyna forma ochrony obiektów architektury wiejskiej, że nie sposób wszystkiego chronić in situ.
Początkowo przyjmowano bardzo ścisłe zalecenia konserwatorskie. Podstawową metodą działania była ochrona budownictwa ludowego in situ. Efekty takiej, często dość pasywnej ochrony nie były zbyt widoczne. Założenie to było teoretycznie najbardziej słuszne, ale bardzo trudne do realizacji, ze względu na środki finansowe, szczupłość fachowej kadry, brak stałego nadzoru i trudności w nadaniu tym obiektom odpowiedniej funkcji użytkowej. Opieka nad zabytkami zachowanymi w ich pierwotnym miejscu nie zawsze przynosiła określone efekty, często była mało skuteczna i obliczona raczej na tymczasowe przetrwanie obiektu. Ochrona in situ zachowuje nadal swoją ważność i aktualność, ale powinna być stosowana raczej tam, gdzie ze względów historycznych i krajobrazowych jest to bezwzględnie konieczne. Należy też pamiętać, że dotyczyć powinna większego zespołu (kilku zagród lub całej wsi) [5]
Kiedy wypowiadamy zwrot „nowoczesność w skansenie”, to brzmi on trochę dziwnie. To coś jakbyśmy mówili „sucha woda”. Prawdopodobnie bierze się to stąd, że w naszym ojczystym języku słowo „skansen” ma niestety również pejoratywne znaczenie. Ciekawa jest współczesna kariera tego słowa, które obok swojego znaczenia podstawowego, a więc określenia jakiegoś miejsca, w którym eksponowane są zabytki kultury materialnej „pod gołym niebem”, ma także znaczenie określające stan rozwoju cywilizacyjnego, a raczej jego braku. W związku z tym używane jest dla zilustrowania zacofania, braku perspektyw itp. Ciekawe skąd to się wzięło? Najłatwiejszym wytłumaczeniem jest to, że w skansenach eksponowane są stare budynki, ich wyposażenie itp. i dlatego ludziom kojarzy się to miejsce z przeszłością lub wręcz z różnego rodzaju anachronizmami.
Cechą charakterystyczną muzeów skansenowskich jest to, że głównym założeniem, które im przyświeca nie jest tworzenie czegoś nowego, a raczej odtwarzanie. Odtwarzanie starych typów wiejskiej architektury i sprzętów im towarzyszących. Idea taka jest możliwa do zrealizowania
w sposób wiarygodny tylko wtedy, kiedy skansen jest tworzony na bazie oryginalnych budynków
i urządzeń używanych kiedyś przez mieszkańców wsi. Idea ta, chyba w większości tego typu muzeów, przyjęta została nie tylko w odniesieniu do części ekspozycyjnej, ale również miała zastosowanie w pozyskiwaniu lub projektowaniu pozostałych obiektów, a więc budynków magazynowych, biurowych, wystawowych, gospodarczych, słowem całego zaplecza skansenu.
Mam takie przekonanie, że duża część polskich skansenów przez wiele lat trzymała się tej zasady, aby wszystko w granicach muzeum było w jakimś tradycyjnym klimacie, a przynajmniej było wystylizowane w taki sposób. Wiązało się to zapewne z chęcią zachowania jednolitego, charakterystycznego obrazu architektonicznego, który podkreślał w ten sposób specyfikę przestrzeni całej placówki. Stąd też muzea na wolnym powietrzu, w odpowiedzi na tę potrzebę, wytworzyły pewien schemat, który w większości skansenów był stosowany z powodzeniem. Przejawiał się on w tym, że m.in. adaptowano obiekty zabytkowe na różnorodne cele użytkowe.Wszystko po to, aby współczesne, nowoczesne elementy architektoniczne nie zakłócały „klimatu muzeum”. Stąd np. lokowanie biur w budynkach dworskich, kas biletowych, portierni w chałupach lub spichlerzach czy też kawiarni w wiatrakach itp. Oczywiście robiono tak, jeżeli poszczególne części muzeum, a więc ekspozycyjna i tzw. „zaplecze”, przenikały się lub leżały w bezpośrednim sąsiedztwie. Stworzono w ten sposób „niepisaną” zasadę, którą dla potrzeb naszych rozważań nazwijmy „zasadą jednolitej przestrzeni”. Wspomniana zasada nadawała wszystkim elementom znajdującym się w obrębie placówki charakter, który pod względem formy, budulca, konstrukcji nawiązywał do wzorów budownictwa ludowego. Powstała przy okazji cała masa różnych „produktów”, które nigdy w takiej formie nie występowały w „poza skansenowskiej” rzeczywistości. Myślę tutaj o wymyślnych wiatach, ławkach, słupach oświetleniowych, koszach na śmieci, tablicach informacyjnych itp.
Z pozoru te wszystkie działania wydawały się być niepotrzebnym „udawaniem” i komplikowaniem sobie życia. Jednak w muzealnictwie jest takie pojęcie jak „rekonstrukcja nastroju”. Można dyskutować, czy wszystkie pomysły były udane, ale myślę, że każdy kto próbował zrobić zdjęcie
w skansenie, zdjęcie które (załóżmy) miało wyglądać na wykonane przed 100 laty, przyzna że intencje takich działań były słuszne. Wystarczy jeden element, jeden przedmiot z jakiegoś „innego” kontekstu czasowego, nawet gdzieś daleko w tle, aby cała misterna ekspozycja wydała się nieautentyczna.
Nowe pokolenia już tylko w muzeach na wolnym powietrzu odnajdywać będą stare krajobrazy architektoniczne, odmienne od powszechnie znanych,
a przez to cenne również dla wypoczynku. Nie do przecenienia jest wartość, jaką tworzą muzea łączące dawną architekturę drewnianą, i nie tylko, z zielenią
i innymi ważnymi elementami dawnego pejzażu wiejskiego. Dlatego pozytywnie ocenić trzeba działania zmierzające do ochrony najbliższego sąsiedztwa muzeów w celu stworzenia, wywołania nastroju zaciekawienia, wyczekiwania na kontakt z nieznanym, umożliwiające odnalezienie specyficznego nastroju „klimatu”, dla których podejmuje się odległe nieraz wyprawy. Muzea, jak nasze, odwiedzane są również z względu na tenże panujący w nich nastrój, ciszę, możliwość wyłączenia, oderwania się od codziennego rytmu i spraw trudnych, błahych, nieciekawych, nudnych, kłopotliwych, itp.[6]
Warto się zastanowić, czy ta wieloletnia walka o architektoniczną spójność przestrzeni ekspozycyjnych i nieekspozycyjnych w muzeach na wolnym powietrzu powiodła się? Myślę, że tak. Zwykle ludzie wchodzący do skansenu, tuż po przekroczeniu jego bramy, mają wrażenie zupełnie „innego świata”. Choć często do pierwszego zabytkowego obiektu jest jeszcze daleko. Tym samym doświadczają podobnego uczucia, jakie w innych muzeach wywoływało przekraczanie progu wielkiego gmachu. Kto wie? Może w XXI wieku bardziej tajemnicza dla przeciętnego człowieka przyzwyczajonego do wielkich budynków jest skromna chata pokryta strzechą, młyn wietrzny lub kuźnia wypełniona archaicznymi narzędziami.
Myślę, że wejście do skansenu to dla wielu ludzi wycieczka do własnej przeszłości, do przeszłości swoich bliskich. Może nie jest tak abstrakcyjna jak podziwianie dzieł wielkich twórców lub wytworów odległych światów, ale przez to jest bardziej osobista. To jakby sięganie do własnych korzeni. A czy jest jakaś ciekawsza historia niż nasza własna? To możliwość oglądania obrazów
i przedmiotów, wśród których żyli nasi dziadkowie, którzy mimo wszystko są bardziej realni niż pokolenia pochłonięte przez otchłań czasu, bo żyją jeszcze w rodzinnych opowieściach.
Atrakcyjność przestrzeni w muzeach typu skansenowskiego jest już przy pierwszym, pobieżnym kontakcie oczywista. Dla niemal wszystkich zwiedzających znalezienie się w krajobrazie minionej epoki jest przeżyciem tyleż poznawczym co estetycznym. Usytuowane tu obiekty, a w nie mniejszej roli, otoczenie pozwala znaleźć się w jednej w odległej czasowo rzeczywistości.[7]
To przejście ze świata współczesnego do świata muzeum skansenowskiego w wielu przypadkach podkreślone jest jednorodnym obrazem całej placówki. Przestrzeń skansenów często jest specyficzną „plamą” na mapie, która odróżnia się wyraźnie od przyległych (nowoczesnych) obszarów. Szczególnie jest to widoczne, gdy muzeum ulokowane jest w obrębie miasta lub silnie zurbanizowanych obszarów. Wymaga to jednak wielu kompromisów.
Osiągnięcie odpowiedniego „klimatu architektonicznego” w skansenach spowodowało konieczność podporządkowania wszystkich obszarów danej placówki charakterowi wyznaczonemu przez jej część ekspozycyjną. Jednak to z pozoru proste założenie coraz trudniej było realizować, w praktyce bowiem skanseny wraz z mijającym czasem znacznie rozbudowywały swoje kolekcje. Wiadomo, że tego typu muzea nie tylko zajmują się przenoszeniem obiektów architektury, ale także gromadzą pozostałe elementy kultury materialnej, a także przejawy kultury duchowej i sztuki. Nierzadko liczą one już kilkanaście tysięcy eksponatów. Pół biedy, gdy chodziłoby o jakieś niewielkie przedmioty, ale wśród eksponatów zdarzają się rzeczy o dużych gabarytach, których nie sposób położyć na półce np. wozy, młockarnie, meble itp. Pojawił się problem, gdzie
i w jakich warunkach je przechowywać? A może najważniejsza rzecz, czy to jest dobre dla naszych zbiorów? Wiemy, że osiągnięcie jednolitej architektonicznej przestrzeni, w naszych warunkach, sprowadzało się do tego, że w zabytkowych stodołach, oborach, spichlerzach, które przenoszono z wielką troską i co do których snuto plany udostępniania ich wnętrza dla zwiedzających, urządzano magazyny eksponatów, a więc stawały się one obiektami nieudostępnionymi do zwiedzania. W dodatku były to bardzo złe magazyny, trudno było w nich stworzyć należyte warunki dla zbiorów. Narażone one były na wiele niekorzystnych czynników na czele z ogromnym zagrożeniem pożarowym. Ogień w takich magazynach nie dawał szans uratowania choćby części zbiorów.
Wytworzyła się sytuacja bardzo niekomfortowa. Z jednej strony próbowano oddać tradycyjny obraz wsi, ale jednocześnie tworzono nową rzeczywistość, w której w przysłowiowej „stodole” zamiast plonów przechowywano muzealia. Chcąc być sprawiedliwym należy wspomnieć, że sytuacja taka wiązała się z chęcią, zwłaszcza w przypadku młodych skansenów, pozyskania jak największej liczby zabytków, co sprowadzało się w wielu przypadkach do odsuwania kwestii pomieszczeń magazynowych na dalszy plan. Problem nabrzmiewał w takim stopniu, że konieczne było podjęcie jakiś decyzji. Założono, że ideałem byłaby sytuacja, w której przynajmniej niektóre magazyny, zwłaszcza te przeznaczone dla dużych obiektów, zorganizowane byłyby w taki sposób, aby równocześnie mogły pełnić rolę przestrzeni ekspozycyjnej udostępnionej dla widzów. Odpowiedzią na to stały się różnego rodzaju wiaty drewniane kryte gontem lub dranicami itp. Były to obiekty, które co prawda nie psuły za bardzo przestrzeni architektonicznej, ale w większości przypadków nie spełniły do końca swojej funkcji. Po prostu źle zabezpieczały eksponaty, nie chroniły ich przed warunkami atmosferycznymi, a także przed czynnikiem ludzkim. Zresztą same wymagały częstej konserwacji i naprawy. Usilnie poszukiwano innych pomysłów. Podobny problem był również
z miejscami przeznaczonymi do wystaw czasowych. Innym rozwiązaniem było lokowanie przestrzeni magazynowo-wystawowej w oryginalnych, przeniesionych z terenu budynkach drewnianych o znacznej kubaturze. Obiekty te ściągano do muzeów już z myślą o takim ich wykorzystaniu. Stąd mamy wiele wystaw w spichlerzach dworskich czy też bardzo dużych chałupach lub zagrodach jednobudynkowych odpowiednio zaadaptowanych np. wystawa ikon w sanockim skansenie. Wymownym przykładem jest też stodoła sześcioboczna w skansenie w Radomiu, która mieści w sobie obszerną wystawę pojazdów, choć sam budynek wywodzi swój rodowód architektoniczny z terenów Rosji. Jednak to, że jest on kryty strzechą, a jego szkieletowa konstrukcja oszalowana jest deskami sprawia, iż wpisuje się w klimat muzeum. Wszystkie te przykłady dowodzą jak silne było przywiązanie do materiału, konstrukcji i formy oraz jak wiele wysiłku i zachodu kosztowało utrzymanie jednolitej przestrzeni architektonicznej. Jednak problem wcale się nie rozwiązywał. Kolekcje ciągle się rozszerzały, a wystaw przybywało. Trudno było translokować kolejne spichlerze, zresztą nie sposób było tych działań uzasadniać merytorycznie.
Pojawia się co raz silniejsza pokusa, aby sięgnąć po materiały i możliwości, które oferuje współczesna technologia budowlana. Wiadomo przecież, że zbudowanie nowoczesnego obiektu wystawowego lub magazynowego, nie stanowi żadnego problemu, a jego rozmiar i kubatura nie jest niczym ograniczona. W dodatku tego typu nowoczesny budynek oferuje idealne warunki dla przechowywanych tam eksponatów. Jest też bardziej trwały i nie wymaga częstych remontów. Jedynym problemem jest jego forma, która powinna nawiązywać do wzorów budownictwa wiejskiego. Pokusa jest coraz silniejsza, zwłaszcza że bariera jaką były kiedyś pieniądze okazała się do pokonania. Fundusze z Unii Europejskiej otwierają nowe możliwości, zwłaszcza że skierowane są one bardziej na rozwój infrastruktury turystycznej niż na same zabytki. Innymi słowy łatwiej jest zdobyć fundusze na pawilon wystawowy niż na zestawienie np. wiatraka.
O ile ulokowanie biura, kasy lub bufetu w jakieś replice chałupy lub budynku folwarcznego nie jest wielkim kłopotem, to znalezienie formuły architektonicznej dla amfiteatru czy też pawilonu wystawowego przeznaczonego na eksponaty o dużych gabarytach jest kłopotliwe, gdyż
w budownictwie ludowym nie ma takich wzorów.
Jednak zastosowanie tego typu nowoczesnych konstrukcji w obszarze muzeum skansenowskiego grozi dysonansem w jego krajobrazie. Powstał dylemat: z jednej strony rozwiązanie wielu problemów, a więc stworzenie idealnych warunków do przechowywania zbiorów, warunków do obsługi ruchu turystycznego, a z drugiej strony ogromne zagrożenie dla jednorodnego pod względem architektonicznym obrazu muzeum. Dylemat tym trudniejszy, że parę pokoleń muzealników skansenowskich z takim trudem, nierzadko wykazując się ogromną pomysłowością, unikało „obcych” elementów w swoich placówkach. Rozwiązanie tego dylematu oraz wypracowanie jakiejś kompromisowej formuły jest zapewne kwestią najbliższej przyszłości. Pomocne będą doświadczenia skansenów, które rozpoczęły tego typu inwestycje.
Warto zastanowić się, czy wypracowanie takiej formuły jest w ogóle możliwe? Myślę że tak, choć zapewne trudno będzie znaleźć „złoty środek”. Sądzę, że wszystkie tego typu „przymiarki” należy rozpocząć od analizy struktury przestrzennej danego muzeum. Ideałem jest sytuacja, w której teren placówki jest rozległy, a jej poszczególne części, a więc ekspozycyjna, administracyjna, gospodarcza czy też magazynowa są ściśle rozdzielone i nie przenikają się nawzajem. Wielkim plusem jest także natura, która kapitalnie maskuje niepożądane widoki. Jednak nawet w skansenach, w których obszar liczony jest w dziesiątkach hektarów, stopniowo zaczyna brakować miejsca, a jeżeli to jeszcze nie nastąpiło, to jest to tylko kwestią czasu. W praktyce mamy, lub będziemy mieć, do czynienia z sytuacją sąsiadowania i wzajemnego przenikania się obcych sobie przestrzeni. Trudno więc będzie zastosować wykorzystywane przez architektów w zwykłych muzeach „śluzy psychologiczne”, które mają na celu szybkie przeniesienie widzów ze „zwykłego” świata do świata ekspozycji. W warunkach muzeum na wolnym powietrzu trudno bowiem o takie „triki”, a jedyną realną „śluzą psychologiczną” stosowaną do tej pory była droga, którą należy pokonać własnymi nogami. Jeśli więc zdecydowano się na budowę obiektu z użyciem współczesnych technologii, to kluczowym zagadnieniem jest jego projekt architektoniczny. Chyba mniej ważne jest to, jaka będzie konstrukcja budynku, ale tak naprawę jaki będzie jego wyraz plastyczny. Sądzę, że nie brak na świecie zdolnych architektów, którzy potrafią przestudiować poważnie temat i uwzględnią specyfikę skansenów, podobnie jak ich twórcy, sięgną do źródła. Kompilacja współczesnej technologii z naturalnymi surowcami budowlanymi, które od wieków stosowane były w budownictwie wiejskim, wcale nie musi skończyć się porażką. Ważne jest to, żeby takie działanie były uczciwe. To znaczy, aby nie udawać, że coś jest oryginalne czy wręcz zabytkowe, skoro tak naprawdę nie jest. To bardzo ważna kwestia, człowiek raz wprowadzony w błąd może stracić zaufanie do wszystkiego, co widzi w skansenie.
Innym zagadnieniem, które (niestety) współcześnie ma ścisły związek z planowaniem przestrzeni w muzeach na wolnym powietrzu, są procedury przetargowe i systemy finansowania muzeów, które w wielu przypadkach nie pozwalają na ogłoszenie konkursu architektonicznego. Procedury te w przypadku złożenia jednej oferty nie dają szansy na właściwy wybór projektu. Brak rozstrzygnięcia postępowania przetargowego oznacza zwykle utratę funduszy pozyskanych na dany cel. Właśnie przed takim faktem staje wiele muzeów, które znajdują się wówczas w sytuacji bez wyjścia. Zmuszone są wybrać daną ofertę i ewentualnie liczyć na uwzględnienie ich postulatów przez projektantów.
Zasada „jednolitej przestrzeni architektonicznej” odgrywa istotną rolę w planowaniu obrazu skansenów, a współgranie różnych części muzeum jest ważnym czynnikiem realizowanych projektów, a także wpływa na późniejszą ich ocenę. Nastąpił jednak pewien przełom. Coraz częściej zabytkowe obiekty stanowią jedynie plastyczny wzór dla nowych budynków, a ich konstrukcja, podyktowana jest przede wszystkim funkcją, którą mają pełnić w życiu muzeum.
Kolejnym problemem związanym z rozwojem placówek muzealnych, wprowadzaniem do nich nowoczesności stało się zagadnienie ochrony i zabezpieczenia terenu muzeum. Specyfika muzeów na wolnym powietrzu, która wiąże się z nadzorowaniem wielohektarowych obszarów była nie lada wyzwaniem. Szybko okazało się, że dozorca-rencista nie jest w stanie spełnić powierzanych mu obowiązków. Pojawienie się w skansenach profesjonalnych służb ochrony nie zmieniło jednak w znaczący sposób bezpieczeństwa. W mniejszym stopniu obawiano się o jakieś kradzieże czy też uszkodzenie mienia, ale największym zagrożeniem było widmo pożaru. Przerażająca jest świadomość, że dla podpalacza wystarczy zaledwie dwie lub trzy minuty, aby skutecznie podpalić cały skansen. Dachy pokryte strzechą palą się jak benzyna, w związku z tym opanowanie ognia, który podłożony byłby w kilku miejscach naraz, jest w praktyce niemożliwe. Zresztą każdy pożar w skansenie, co niestety boleśnie odczuło wiele placówek, jest prawdziwym koszmarem, a działania strażaków ograniczają się w takim przypadku jedynie do próby zapobieżenia przeniesienia ognia na inne obiekty. Mając na względzie to zagrożenie w niektórych skansenach pojawiły się projekty nowoczesnych systemów dozoru ppoż, a także systemy telewizji przemysłowej tzw. „monitoring”. Wszystkie te środki ochrony obiektów mają to do siebie, że wymagają wielu instalacji, których nie sposób ukryć lub zamaskować. Tym bardziej, że nie są one stosowane tylko w tzw. zapleczu skansenów, ale przede wszystkim w ich części ekspozycyjnej. Jakiś czas temu pogodzono się z istnieniem jaskrawoczerwonych hydrantów i punktów ppoż, które, nie ma co ukrywać, psują krajobraz ekspozycji. Teraz pojawiają się kolejne elementy w postaci słupów na kamery, studzienek instalacji teletechnicznych, które z racji swojej funkcji muszą być widoczne. Jeszcze trudniejsze do zaakceptowania są instalacje, które bezpośrednio ingerują w substancję zabytkową np. czujki dymu. Najgorsze jest to, że teoretycznie sprzężenie tych wszystkich urządzeń elektronicznych można by sprowadzić do niewielkiego przewodu, który dałoby się jakoś zamaskować, ale przepisy wymagają tego, aby był on zabezpieczony grubą rurką PCV, której mimo różnych kombinacji naprawdę nie sposób ukryć. Obecnie żaden inspektor nadzoru nie zaakceptuje instalacji, która nie jest osłonięta takim zabezpieczeniem. Zresztą istnieje niebezpieczeństwo, że każda próba zamaskowania takich przewodów np. drewnianymi listwami, we wnętrzu zabytkowego obiektu wygląda bardzo dziwnie i chyba jest lepiej zostawić je licząc na zrozumienie wśród zwiedzających. Nadzieją jest szybki rozwój technologii bezprzewodowych, które w znaczny sposób zniwelują tego typu problemy.
Kolejnym zagadnieniem, które na pozór mniej ingeruje w samą ekspozycję skansenowską, ale ma ścisły wpływ na pozostałe części muzeum, jest zwiększająca się oferta programowa tego typu placówek. Obok zawartych w statutach celów i założeń pojawiło się wiele nowych punktów. Ich generalnym celem jest wspomożenie skansenowskich budżetów poprzez różnego rodzaju działalność polegającą na komercyjnym udostępnianiu terenu czy też organizowaniu festynów, koncertów itp.
W trudnej rzeczywistości gospodarczej, spowodowanej transformacją ustrojową po 1989 r., koniecznością stało się podejmowanie przez muzea różnych działań mających na celu wypracowanie jak najwyższej kwoty dochodów, umożliwiających prowadzenie działalności podstawowej.[8]
W związku z tym pojawiły się w skansenach specjalne miejsca do biesiadowania, a także sceny, estrady itp. Były one różnie sytuowane w przestrzeniach muzeów. W niektórych skansenach znajdowały się na zapleczu (Sanok) w innych w pobliżu zabytkowych obiektów (Radom). Szybko się jednak okazało, że zwiększający się popyt na tego typu „usługi” wymusił konieczność ich rozbudowy i modernizacji. To rodziło kolejne problemy i dylematy podobne do tych, o których mowa była wcześniej. W dzisiejszych warunkach obsługa różnorakich imprez wymaga odpowiedniego zabezpieczenia logistycznego. Można improwizować, jeżeli tego typu działalność jest sporadyczna, lecz jeśli ma charakter regularny, to wymaga odpowiedniego zaplecza. Doświadczenie minionych lat podpowiada, że jedynie słusznym pomysłem jest odsunięcie takich miejsc jak najdalej od przestrzeni ekspozycji skansenowskiej. Ideałem byłaby sytuacja, w której tego typu miejsca byłyby wręcz fizycznie od niej odcięte. Nie chodzi tutaj tylko o względy bezpieczeństwa zbiorów, ale o stworzenie „śluzy psychologicznej”, która oddzielałaby te tak różne od siebie przestrzenie. Miałoby to także swoją praktyczną stronę. Możliwe byłoby wówczas organizowanie różnorodnych imprez komercyjnych bez konieczności ograniczeń dla innych osób chcących w tym czasie „jedynie” zwiedzić skansen.
Jest też takie niebezpieczeństwo, że organizowanie na terenie muzeów na wolnym powietrzu coraz bardziej masowych, „popularnych” imprez spowoduje spiralę różnorakich potrzeb. Pojawia się specyficzny „nowoczesny” sposób myślenia. Skoro festyny przyciągają tysiące ludzi to musi powstać ogromny parking, potem restauracja, a następnie hotel i sklep itp. Uzyskane w ten sposób fundusze są niezwykle istotne, ale wydaje mi się, że jeśli nie przestaniemy się ścigać w liczbie osób odwiedzających skansen to wpadniemy w spiralę potrzeb nie możliwych już w pewnym momencie do zrealizowania. Istnieje również poważne niebezpieczeństwo, że przeznaczanie muzealnych terenów pod tego typu inwestycje grozi w przyszłości brakiem miejsca na same zabytki.
Wielkie, światowe muzea od pewnego czasu modernizują się; powodów jest wiele, ale najpoważniejszym jest konieczność sprostania zwiększającej się wciąż liczbie zwiedzających. Muzea stają się po prostu miejscem spędzania czasu. Muzeum zdaje się zapominać o swoich funkcjach konstytutywnych: pozyskiwanie, przechowywanie, konserwowanie a dopiero na końcu udostępnianie. To, co zawsze było wymieniane jako ostatnie w kolejności, teraz staje się dominantą. Muzea stroją się, chcą się przypodobać, zdobyć jak najwięcej zwiedzających. Ma zniknąć dystans, muzeum ma być przyjazne wszystkim. Temu służą programy edukacyjne i kawiarnie, sklepy i komputerowe symulacje, windy i możliwość kupienia biletów przez internet. Zatem muzeum dąży do stania się zamkniętym, samowystarczalnym światem, lepszym od tego, który je otacza, bo zwróconym ku wieczności i doskonałości, gdyż w swoich murach zamyka to co najlepsze w dorobku ludzkości. Muzea przeżywają dni swego wielkiego triumfu. Tracą wiele ze świątyni sztuki, owego XIX wiecznego „Estetische Kirche”, na rzecz supermarketowej dostępności i masowości. Stają się miejscem coraz bardziej masowej, ale wysokiej rozrywki dla „klasy próżniaczej” (bo tak spolszczono angielskie „leisure”). Procesy te znane na zachodzie Europy zdają się ostatecznie docierać i nad Wisłę. Stajemy się kolejnym krajem bogacącego się Zachodu. Taki stan rzeczy potwierdzają muzealne kolejki [9]
Nowoczesność w skansenie dotyczy także sfery mentalnej. Myślę w tym momencie o modnych słowach „marketing” i „promocja”, które w etnograficznych muzeach na wolnym powietrzu powinny oznaczać coś innego niż w innych obszarach życia. Trzeba zrozumieć, że wzorowanie się na komercyjnych szablonach nie jest oznaką nowoczesności naszych placówek, a jedynie bezwolnym poddawaniem się ogólnie panującej modzie. Tym bardziej, że wszyscy to robią dookoła. Działalność „marketingowa” powinna być kierowana przede wszystkim do osób prawdziwie zainteresowanych tematem, skupiać ich wokół muzeum, przyciągać oryginalną ofertą. Ważne jest to, żeby osoby, które chcą poczuć klimat dawnej wsi nie odchodziły rozczarowane lub też spłoszone hałasem czy też tłumem bawiących się na komercyjnych imprezach ludzi. Myślę, że nowoczesność w skansenie powinna przejawiać się odwagą, która pozwalałaby organizować niekomercyjne imprezy o charakterze „niszowym”, których źródłem inspiracji byłaby szeroko rozumiana kultura wsi. Kameralne występy, pokazy, warsztaty, w których uczestniczy niewielka grupa, ale prawdziwie zaangażowanych osób naprawdę mają sens. Coraz bardziej zbliżamy się do momentu, gdy jedną oceną naszych przedsięwzięć będzie liczba sprzedanych biletów.
Myślę sobie, że zamiast ścigać się na liczbę osób przyciągniętych do skansenu przy pomocy różnorodnych komercyjnych sposobów warto spożytkować tę energię na myślenie o tym jak np. udostępnić muzea skansenowskie dla osób, które do tej pory nie miały takiej możliwości, czyli dla ludzi niepełnoprawnych. Sądzę, że ten problem doskonale mógłby zweryfikować skuteczność działań „promocyjnych” w wielu placówkach, a poza tym jestem przekonany, że byłby to właśnie przejaw prawdziwego nowoczesnego sposobu myślenia. Wydaje się, że muzea na wolnym powietrzu są nieprzyjazne dla takich ludzi gdyż charakteryzują się wieloma barierami architektonicznymi. Nie ma w nich jednak, zakazu dotykania eksponatów, co dla osób np. niewidomych może stanowić fantastyczne źródło wielu doznań, nie osiągalnych na innych ekspozycjach.
Pojawienie się tego problemu łączy się zapewne z tendencją, by umożliwić ludziom niepełnosprawnym jak najpełniejsze uczestnictwo we wszystkich dziedzinach życia społecznego i by zredukować do minimum zakres nieuchronnych konsekwencji każdego kalectwa. Dlatego też w wielu krajach (szczególnie w Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Francji, Szwecji Belgii i in.) liczne muzea, a także państwowe urzędy centralne dokładają wielu starań, aby po przeprowadzeniu właściwych badań konsultacji, zapewnić ludziom niepełnosprawnym możliwie pełny dostęp do życia kulturalnego, także do zwiedzania muzeów i obiektów zabytkowych.[10]
To, że zamontowanie różnorodnych poręczy, platform dla wózków itp. mogłoby popsuć wygląd naszych ekspozycji, nie jest przekonującym wytłumaczeniem. Można przecież zaplanować taki system, który zapewniałby, np. po wcześniejszym zgłoszeniu, możliwość zwiedzenia chociaż niektórych zabytków. Skonstruowanie przenośnych sprzętów i szybkie ich zamontowanie na ściśle określony czas nie jest takie trudne. Takie rozwiązanie zastosowano np. w radomskim skansenie. Tam też w ramach projektu „Zdarzyło się kiedyś nad wodą, trasa turystyczna w radomskim skansenie” stworzono trasę przyrodniczą, która przebieg poprzez bagna, stawy oraz wzdłuż koryta rzeki Mlecznej. Obszar ten należący do radomskiego skansenu był z budowlanego punktu widzenia nieprzydatny ze względu na niestabilność gruntów. Posiadał natomiast niezwykłe walory przyrodnicze i krajobrazowe. Największą atrakcją ścieżki przyrodniczej jest liczący 260 m drewniany pomost nad bagnami. Realizując to przedsięwzięcie przyjęto założenie, aby trasa ta była dostępna dla osób poruszających się na wózkach. Na pozór wydawało się, że realizacja takiego celu będzie trudna i kosztowana, ale okazało się, nie było to aż tak skomplikowane. Kluczem do sukcesu było to, że działania umożliwiające dostęp do ścieżki dla osób niepełnosprawnych były prowadzone już w trakcie projektowania.
Po ponad 100 latach istnienia muzeów na wolnym powietrzu przyszedł czas na podjęcie decyzji, które prawdopodobnie będą miały wpływ na dalsze losy tego typu placówek w naszym kraju. W XXI wieku skanseny nie są już spontanicznie działającymi placówkami, funkcjonującymi jedynie dzięki pasji pojedynczych ludzi. Ogromny dorobek muzealnictwa skansenowskiego, jego rola w ochronie przejawów kultury ludowej budzi szacunek, ale wymaga również nowych koncepcji. Kończą się czasy, gdy skansen składał się z dwóch zagród i starej chałupy, w której znajdowała się kasa, biura i sekretariat, a gdzieś obok pod wiatą przechowywano muzealne zbiory. Współczesne etnograficzne muzea na wolnym powietrzu to wielohektarowe placówki, które oprócz przestrzeni ekspozycyjnej posiadają ogromne zaplecza magazynowe, biurowe, gospodarcze itp. Te ostatnie wymagają bezustannej modernizacji, poddawane są pokusie wprowadzania nowoczesnych technologii. Zjawisko to, ze względu na sąsiadowanie różnorodnych przestrzeni, ich zazębianie w obrębie
jednej placówki, grozi utratą jednorodności architektonicznej muzeów skansenowskich, a tym samym ich specyficznego charakteru. Wprowadzanie nowych rozwiązań nie musi automatycznie nieść ze sobą samych złych rzeczy. Jest również szansą dla ochrony powiększających się zbiorów i rozszerzenia zakresu działalności takich placówek.
Bibliografia
Artymowski J.D., Niepełnosprawni w muzeach, „Muzealnictwo”, Warszawa 1984, nr 28/29, s. 61-65.
Czerwiński T., Etnograficzne muzeum na wolnym powietrzu – pomnik przeszłości, instytucja kultury, czy produkt turystyczny?, „Biuletyn Stowarzyszenia Muzeów na wolnym powietrzu”, Wdzydze 2006, nr 9, s. 67-73. Deptuła B., Muzealne kolejki „Kultura w III Rzeczypospolitej”, „Magazyn Kulturalny Tygodnika Powszechnego”, Kraków 1998, nr 4/5 (22/23).
Gajek J., Projekt scenariusza Etnograficznego Parku Ziemi Radomskiej, „Biuletyn Kwartalny Radomskiego Towarzystwa Naukowego”, t. 12, Radom 1975, z. 1/2.
Kiciński A., Muzea – instrumenty ekspozycji czy świątynie, „Muzealnictwo”, Warszawa 2001, nr 43, s. 57-76.
Kowalczyk W., Marketing w muzeum, „Muzealnictwo”, Warszawa 1995, nr 37, s. 10-19.
Midura F., Muzealnictwo skansenowskie w Polsce, [w]: Muzea skansenowskie
w Polsce, Poznań 1979.
Sadkowski T., …Bestia, która była. ale nie jest…W sprawie poszerzonej definicji muzeów na wolnym powietrzu, „Biuletyn Stowarzyszenia Muzeów na wolnym powietrzu”, Toruń2002, nr 4, s. 41-46.
Salwa W., Zadania muzealnictwa skansenowskiego w warunkach rozwiniętej cywilizacji przemysłowej,[w:] Muzea skansenowskie w Polsce. Poznań 1979.
Sieraczkiewicz J., Święch J., Skanseny. Muzea na wolnym powietrzu w Polsce, Olszanica 1999.
Soppla M., Atrakcyjność przestrzeni skansenowskiej. Szanse i zagrożenia wnikające z jej wykorzystania, „Biuletyn Stowarzyszenia Muzeów na wolnym powietrzu”, Toruń 2002, nr 4, s. 15-16.
Święch J., Tubaja R., Historia idei muzealnictwa na wolnym powietrzu
w Polsce, „Biuletyn Stowarzyszenia Muzeów na wolnym powietrzu”, Wdzydze 2006, nr 9, s. 57-65.
[1] A. Kiciński, Muzea – instrumenty ekspozycji czy świątynie, „Muzealnictwo”, Warszawa 2001, nr 43, s. 60
[2] J. Gajek, Projekt scenariusza Etnograficznego Parku Ziemi Radomskiej, „Biuletyn Kwartalny Radomskiego Towarzystwa Naukowego”, t. 12, Radom 1975, z.1/2, s. 111−112.
[4] W. Salwa, Zadania muzealnictwa skansenowskiego w warunkach rozwiniętej cywilizacji przemysłowej,[w:] Muzea skansenowskie w Polsce. Poznań 1979, s. 51-52.
[5] F. Midura, Muzealnictwo skansenowskie w Polsce, [w]: Muzea skansenowskie w Polsce, Poznań 1979,
s. 32-33.
[6] T. Sadkowski, …Bestia, która była. ale nie jest…W sprawie poszerzonej definicji muzeów na wolnym powietrzu, „Biuletyn Stowarzyszenia Muzeów na wolnym powietrzu”, Toruń2002, nr 4, s.43
[7] M. Soppa, Atrakcyjność przestrzeni skansenowskiej. Szanse i zagrożenia wnikające z jej wykorzystania, „Biuletyn Stowarzyszenia Muzeów na wolnym powietrzu”, Toruń 2002, nr 4, s. 15.
[8] T. Czerwiński, Etnograficzne muzeum na wolnym powietrzu – pomnik przeszłości, instytucja kultury, czy produkt turystyczny?, „Biuletyn Stowarzyszenia Muzeów na wolnym powietrzu”, Wdzydze 2006, nr 9, s. 15.
[9]B. Deptuła, Muzealne kolejki „Kultura w III Rzeczypospolitej”, „Magazyn Kulturalny Tygodnika Powszechnego”, Kraków 1998, nr 4/5.
[10] J.D. Artymowski, Niepełnosprawni w muzeach, „Muzealnictwo”, Warszawa 1984, nr 28/29, s.61
<< powrót |  |
2005-02-28 20:16:00
2004-08-03 19:49:00 |